| |
Wyprawa po tak zwanych Kanarach
Zanim opowiem o właściwej części naszego wyjazdu, warto wiedzieć, że przygotowania doń, jak również i poprzedzający go proces decyzyjny, były najkrótsze w historii naszej RowerowejRodzinki. Od dłuższego czasu nosiło mnie, by pojechać gdzieś zimą. Kombinowałem, myślałem i jak byk wychodziło, że wcześniej, niż w marcu się nie da. Wtedy też nastał czas Harpagana, na którym zobaczyłem się z Wilkiem. Wilk był w lutym na tak zwanych Kanarach, co skojarzyłem od razu, gdy tylko go zobaczyłem.
Po zapoznaniu się z wartościami liczbowymi określającymi warunki klimatyczne na rzeczonych Kanarach w okresie zimowym, stwierdziłem z nieukrywaną satysfakcją, że wartości te odpowiadaja oczekiwanemu przeze mnie, i pozostałych członków mej rodziny, poczuciu komfortu.
Tą jakże radosną informacją podzieliliśmy się z rodziną Nowaczyków, z którymi byliśmy na tak zwanym Zakaukaziu, jak i na Korsyce. Wspólne ustalenia wskazały na luty, miesiąc ferii zimowych w szkole, jako najodpowiedniejszy termin realizacji przedsięwzięcia. Muszę tu wspomnieć, że termin ferii zimowych, jak też i letnich, jest od tego roku terminem obowiązującym dla naszych córek, co, jak łatwo się domyślić, obniża nasze szanse na spokojne wakacje z dala od tłumów.
Gdy już uzgodniliśmy wszystkie szczegóły, ustaliliśmy pełnomocnictwa i poszły odpowiednie dyspozycje do nabycia bardzo niekomfortowych biletów lotniczych z Niemiec, skojarzyłem kolejny fakt z naszego forum. Otóż kolarz6 pisał swego czasu bardzo konkretnie o tak zwanych czarterach i to w dodatku na tak zwane Kanary. Odnalezienie tamtej wypowiedzi miało znaczenie tyleż decydujące, co wywrotowe dla misternej koncepcji naszego wyjazdu. Okazało się bowiem, że tak zwane czartery latają na tak zwane Kanary prosto z Gdańska i to w terminie "na za tydzień" lub "za dwa" od momentu, gdy się o tym dowiedziałem. Wybraliśmy termin "na za dwa" (pięknie wpasowany przed święta Bożego Narodzenia) zakupiliśmy bilety, po czym siedliśmy, by zastanowić się, czy dobrze zrobiliśmy. Oczywiście nie zrobiliśmy dobrze, gdyż 3/4 ekipy nie miało już urlopu. Ehhh... się działo, a lekko nie było.
Koniec końców wyjechaliśmy, choć niektórzy członkowie ekipy nie mieli pewności, czy ostatecznie urlop zastępczy uzyskali, czy nie. Najgorsze było jednak to, że gdy już wreszcie dotarliśmy na jakże upragnione tak zwane Kanary, to się na dzień dobry dwóch mundurowych uczepiło, że kasków nie nosimy. Co gorsza mundurowi myśleli, że jedynie nie nosimy, a nie, że całkowicie ich nie mamy. Potem kolejny mundurowy, na czubku wulkanu, jakieś 1800 m n.p.m., czepiał się o tak zwane permiso na spanie w namiocie, które wydają w Las Palmas, na dole, przy plaży. Ale o tym, to już przy ognisku opowiem.
A tak na poważnie, to każdy szanujący się tak zwany prezes powinien pojechać na Kanary. My postanowiliśmy pojechać zawczasu, by nieco uprzedzić fakty.
|
|