Jedyną osobą, którą spotkaliśmy na płaskowyżu była samotnie gravelująca dziewczyna. Samo spotkanie wypadło bardzo niezręcznie, ale po kolei. Otóż na szczycie jednego z podjazdów postanowiliśmy wykonać tak zwaną panoramkę rajdową, czyli pamiątkowe foto uczestników wyjazdu. Nie mając statywu, takie foto robi się w formie panoramy, a na koniec fotografujący zamienia się z jednym z wcześniej fotografowanych, dzięki czemu wszyscy ostatecznie znajdują się na zdjęciu. Gdy kończyliśmy wzajemne obfotografowywanie, dostrzegliśmy w oddali osobę na rowerze jadącą w naszym kierunku. Pomyśleliśmy, że to na pewno Szymek K., więc postanowiliśmy poczekać. Po pewnym czasie okazało się, że to jednak nie będzie Szymek, tylko jakaś dziewczyna. Jak łatwo się domyśleć, nie była ona zachwycona faktem, że na kompletnym pustkowiu czeka na nią trzech obcych typów. Mimo to, gdy nas mijała spróbowaliśmy zagadać, ale tylko rzuciła w naszym kierunku oschłe "hola" - wym. ['ola], co bynajmniej nie oznaczało jej imienia. Problem polegał jednak na tym, że kierunki naszej jazdy były zbieżne, więc gdybyśmy zaraz ruszyli, dziewczyna mogłaby zejść na zawał. Postaliśmy więc chwilę na górce, ale w końcu trzeba było jechać. Płaskowyż był akurat w tym miejscu dość płaski, więc jak na złość pozostawaliśmy wzajemnie w zasięgu wzroku, a naprawdę nie chcieliśmy stresować dzielnej podróżniczki. Na szczęście po zaledwie paru kilometrach sypnęło deszczem, więc skorzystaliśmy z pretekstu i zawróciliśmy do pobliskiego schronu, co ostatecznie zamknęło tę kłopotliwą sytuację.