Kolejny etap wyprawy miał prowadzić przez rozległy płaskowyż Campos de Hernán Perea. Ponieważ ostatnie sensowne źródło wody pitnej napotkaliśmy dzień wcześniej wieczorem, niektórzy zaczęli poszukiwać możliwości wymiany powietrza z bidonów na jakieś płyny, zdatne do wprowadzenia do organizmu w drodze konsumpcji bez uprzedniego gotowania (i nie piszę tu o alkoholu). Na płaskowyżu, co kilka kilometrów znajdowały się stanowiska do pojenia bydła. Niestety skład wody pobranej w pierwszym z nich znacząco różnił się od książkowej definicji wody zdatnej do picia. Ostatecznie cały płaskowyż przejechaliśmy na resztkach nabranych w górskim źródle dzień wcześniej, a na kolejny sensowny wodopój trafiliśmy dopiero w miasteczku Santiago Pontones, po przejechaniu 43 km przez płaskowyż.