Costa Dorada - ostatni nocleg wyprawy

Aby chętnie przystąpić do planowania kolejnej, każda porządna wyprawa powinna pozostawić lekki niedosyt. Definicję tę z nawiązką wypełnił nasz ostatni nocleg, a w zasadzie cały ostatni dzień wyprawy. Wspomnianemu noclegowi przyznałem zaledwie 1 punkt na 23 możliwe. Wynikało to z tego, że zamiast wypocząć przed długą podróżą w samolocie i powrotem do pracy, sporą część nocy spędziłem w pozycji siedzącej w narożniku namiotu, podpierając jego konstrukcję przed zabójczymi podmuchami wiatru. Potem było jeszcze ciekawiej. Po przejechaniu czterdziestu paru kilometrów, rozdzieliłem się z Liderem, udając się na pociąg do Barcelony. Lider przeczytał na jakimś drogowskazie, że do Barcelony jest jeszcze sto kilkadziesiąt kilometrów, więc z radością zajął się ich nawijaniem na korbę. Ja miałem spokojnie wsiąść do pociągu, podjechać do Barcelony i następnie wrócić na kołach na lotnisko. Na stacji okazało się, że pociągu nie będzie, ale w zamian za to podstawią autobus. Autobusów podjechało kilka i nikt łącznie z kierowcami nie wiedział, gdzie który pojedzie, o ile w ogóle ruszy. Ja wrzuciłem rower tam, gdzie pakowała się większość i w ten sposób po godzinie opóźnienia ruszyłem w kierunku Barcelony. Obudziłem się w jakiejś podrzędnej mieścinie, gdzie autobus zakończył kurs na stacji kolejowej. Wszyscy ruszyli na peron, a ja za nimi. Na peronie też stało kilka pociągów, ale konsekwentnie nikt nie wiedział, gdzie który odjedzie, o ile w ogóle odjedzie. Korzystając ze sprawdzonego patentu wsiadłem do najbardziej zatłoczonego, ale tym razem patent nie zadziałał i za chwilę cały pociąg w popłochu przesiadał się do sąsiedniego składu. Gdy w końcu ruszył, okazało się, że to pociąg podmiejski i zatrzymuje się na każdej stacji. W sumie byłem zadowolony, bo mogłem dzięki temu wysiąść tuż przy lotnisku, a nie dopiero w Barcelonie, 15 km dalej. Jechałem, jechałem, odliczałem stacje i tu raptem od stacji przy lotnisku pociąg przestał się zatrzymywać. Wylądowałem w Barcelonie. Tam wkurzony przesiadłem się do pociągu na lotnisko, bo nie miałem już ochoty na jazdę na kołach. Nie miałem wprawdzie biletu na ten odcinek, ale nikt nie sprawdzał. Na lotnisku i tak byłem pierwszy, potem dołączył Karpiu i na koniec bardzo zadowolony Lider. Pakowanie szło sprawnie, choć bez zbędnego pośpiechu. Dwie godziny przed odlotem otworzyli odprawę, staliśmy blisko, szybko podeszliśmy do okienka. Facet zważył bagaż, zważył rowery, ponaklejał naklejki, wydrukował karty pokładowe i gdy zaczynało wiać nudą, nagle ze wszystkiego się wycofał. Oznajmił nam, że mamy nieprawidłowo spakowane rowery, oderwał kwity bagażowe z kart pokładowych, oderwał naklejki z rowerów i poradził nam byśmy zapakowali rowery w specjalne torby lub kartony. Rada nie była zła, ale nie za bardzo mieliśmy możliwość jej sprostać. Początkowo próbowaliśmy załatwić sprawę polubownie, powołując się na dotychczasową praktykę. Opowiedzieliśmy, jak to dziesiątki razy lataliśmy z tak spakowanymi rowerami i nie było problemów. Potem próbowaliśmy podjąć dyskusję bardziej sformalizowaną. Poprosiliśmy o kontakt z przełożonym, a równolegle wygooglaliśmy regulamin przewozów WizzAir'a. I tu nasz zapał gwałtownie osłabł. W regulaminie jak byk stało to, co powiedział facet z obsługi. Zdaliśmy sobie sprawę, że nasza pozycja negocjacyjna nie jest najlepsza i lepsza nie będzie, bo część rodaków z kolejki już wcześniej domagała się szybszej obsługi. Wtedy też, zupełnie nieoczekiwanie, tak jak za pierwszym razem, facet z obsługi ponownie się ze wszystkiego wycofał. Postawił wprawdzie jakieś tam śmieszne warunki o powietrzu w oponach, które oczywiście mieliśmy spuszczone, ale na jego polecenie spuściliśmy po raz drugi. Wydrukował po raz drugi wszystkie naklejki, dał nam karty pokładowe i w tym momencie zdaliśmy sobie sprawę, że nasza wyprawa definitywnie się kończy. Niedosyt jednak pozostał.