18. Zagroda we wsi Budace w Albanii (1180 m n.p.m.)

5,0/23 pkt.: Justyna-0, Remigiusz-1, Natalia-5, Monika-4, Tomek-10, Ala-10

mne_noclegi_18.jpg

Gorąca atmosfera towarzysząca noclegowi w wiosce Budace gęstniała powoli, by rankiem sięgnąć poziomów niespotykanych dotąd na naszych wyprawach. Pierwszym sygnałem ostrzegawczym było nie do końca normalne zachowanie gospodarzy, u których nocowaliśmy. Brama, która odcinała nam drogę odwrotu, została naprędce obwiązana sznurkami, a wędrujący w tę i we w tę domownicy, odtąd gramolili się przez płot. Punktem kulminacyjnym wieczoru była jednak wizyta syna gospodarzy, który już po zmierzchu za wszelką cenę usiłował wypożyczyć jeden z naszych rowerów. Przy tym nie miało dla niego znaczenia, czy duży, czy dziecięcy, co wzbudziło nasze pierwsze podejrzenia. Gdy ostatecznie nie wydaliśmy mu sprzętu, rzucił na pożegnanie, że jutro płacimy 20 euro za nocleg. Wtedy łudziliśmy się, że była to prywatna inicjatywa synalka. Nazajutrz okazało się jednak, że cennik był uzgodniony z ojcem, zasznurowana brama służyła powstrzymaniu nas przed wyjazdem, a rower miał być zastawem. Ciekawe tylko, ile musielibyśmy płacić, gdyby ów zastaw udało się gospodarzom ustanowić?
Wczesnym rankiem, gdy poszliśmy się pożegnać, pierwsze, co zrobiła gospodyni, to zawezwała męża i syna, po czym razem zastawili nam wyjazd, żądając zapłaty. Długo i spokojnie tłumaczyliśmy, że takie sprawy należy stawiać jasno przed zaproszeniem na swój teren, ale nie przynosiło to żadnego skutku. Ponieważ sytuacja stawała się coraz bardziej nerwowa, szczególnie dla naszych dzieciaków, Tomek zarządził, że otwiera bramę i na jego komendę wszyscy ruszamy. Nie wiedzieliśmy do końca, jak zamierza tego dokonać, ale nim ktokolwiek pomyślał, szarpnięta brama uniosła się w górę i powędrowała na pobliską łąkę. Ojciec z synem chwycili za sztachety, ale że byli nieco niżsi ode mnie i Tomka, na strachu się skończyło. Zaczęła się za to bitwa pozycyjna. Synalek chwycił rower Ali, a gdy ta razem z Natalią zaczęły płakać, uczepił się jednej z przyczepek. Niestety okazał się skuteczny, gdyż po oderwaniu go od jednej przyczepy, momentalnie chwytał drugą i nie mogliśmy ruszyć. W dalsze negocjacje włączył się w pewnym momencie przywołany przez gospodarza sąsiad, czego obawialiśmy się najbardziej. Człowiek ten okazał się jednak rozsądny stając w zasadzie po naszej stronie. Sugerował wprawdzie, żebyśmy coś zapłacili, ale dla nas sprawy zaszły zbyt daleko i zamierzaliśmy dochować zasady, że szantażystom się nie płaci. Gospodarz widząc, że nawet sąsiad nie zamierza stawać po jego stronie, wyraźnie odpuścił, czego nie można było powiedzieć o jego synu. Nie pomagały żadne groźby i tłumaczenia, a kolejno udawaliśmy, że dzwonimy na policję, do ambasady i do Czarnogórca Mirko z Plava, u którego nocowaliśmy dzień wcześniej. Nie robiło to jednak większego wrażenia na synalku. Skubaniec doskonale wiedział, że na takie zadupie nikt nie przyjedzie. Wtedy obmyśliliśmy plan stopniowego uwalniania się z klinczu. Najpierw w górę przełęczy ruszyły dziewczyny. Gdy były już daleko, w tą samą stronę pojechał Tomek, a na placu boju pozostałem tylko ja z Przemkiem w przyczepce, której kurczowo trzymał się syn gospodarza. Po jakimś czasie Tomek jednak powrócił, zostawiwszy uprzednio swój zaprzęg za kilkoma zakrętami od wsi. Będąc we dwójkę, a mając tylko jeden rower, byliśmy w stanie poradzić sobie z uczepionym do przyczepki wyrostkiem i wystartować. Niestety chłopak nie zamierzał rezygnować, zwłaszcza że biegnąc pod górę był szybszy od nas. Manewr z naprzemiennym podjeżdżaniem kilkuset metrów i wracaniem w celu obezwładnienia chłopaka powtórzyliśmy jeszcze ze dwa razy. W końcu dojechaliśmy jednak do dziewczyn czekających na jakimś zakręcie. Koleś nie odpuszczał, do przełęczy było jeszcze parę kilometrów w górę, a nie chcieliśmy ponownie stresować córek przepychankami. Wtedy wpadłem na pozornie dziwny pomysł, by zwyczajnie zasiąść w cieniu do śniadania. Chłopak postał trochę na słońcu i w końcu wycofał się do wioski.
Dotychczas nigdy nie przytrafiła się nam podobna sytuacja, a i tym razem szczęśliwie skończyło się tylko na strachu i nerwach. Natalia do dziś bardzo źle wspomina tę przygodę. Mimo wszystko uważam, że postąpiliśmy właściwie. Rozwoju wydarzeń nie można było przewidzieć, jednak metoda małych kroków pozwoliła stopniowo oddalić się od gorącego terenu. Przez cały czas staraliśmy się kontrolować emocje obu stron, siły fizycznej używaliśmy w minimalnym zakresie, a pamiętną bramę oczywiście odstawiliśmy na miejsce.