o nas      co nowego      statkol      linki      księga gości
Wyprawy rowerowe
 Czarnogóra 2016   Tydzień nad morzem i trzy kolejne w górach z rocznym Przemkiem w przyczepie
 
Życie potrafi pięknie zaskakiwać. Po sześciu latach jeżdżenia z przyczepą, po dwóch kolejnych z holem lub bez, myśleliśmy, że mamy to już za sobą. Natalia wyrosła na prawdziwą pannę, a era pieluch i nocnika wydawała się definitywnie skończona. Tymczasem urodził się nam syn. Zaczynamy wszystko od nowa.
Podróż z maluchem najlepiej organizować na małym terenie, toteż nasz wybór padł na Czarnogórę. Tam na przestrzeni mniejszej od przeciętnego polskiego województwa mieliśmy morze, góry, kaniony, rzeki i jeziora. I choć niektórzy z nas byli w Czarnogórze już po raz trzeci, także tym razem udało się odkryć kolejne piękne zakamarki tego kraju. A warto dodać, że współodkrywców było aż jedenastu. Nic więc dziwnego, że dużo łatwiej przychodziło nam organizowanie postojów, niż jazdy. Nie wiem, czy ktoś kiedykolwiek przejechał mniej jadąc aż tyle dni, ale nam to odpowiadało, a i na brak atrakcji narzekać nie mogliśmy.

 Sardynia 2014   Z góry i pod górę wąskimi asfaltami i kamienistymi szutrami
 
Niewiele brakowało, a do planowanej od wielu miesięcy wyprawy w ogóle by nie doszło. Niecały miesiąc przed wylotem Natalia trafiła na stół operacyjny z ostrym zapaleniem wyrostka robaczkowego. Gdy po tygodniu wychodziła ze szpitala, lekarz wypisał jej zwolnienie na dwa miesiące. Biorąc pod uwagę, że do wyjazdu pozostawały trzy tygodnie, a zaplanowana trasa miała być wyjątkowo męcząca, rozsądek nakazywał odpuścić tą wyprawę.
Po tygodniu stwierdziliśmy jednak, że szkoda tak po prostu zmarnować nietanie bilety lotnicze i może polecimy posiedzieć sobie na jakiejś plaży. Po kolejnych paru dniach pomyśleliśmy, że siedzenie będzie nudne i może jednak pojeździmy rowerami od plaży do plaży. Na kolejnej naradzie zadeklarowałem, że mogę holować Natalię na sznurku, obyśmy tylko spróbowali zmierzyć się z przygotowaną trasą. No i się zmierzyliśmy, a że łatwo nie było niech świadczą statystyki dnia piętnastego. Na dwudziestojednokilometrowej trasie uzyskaliśmy średnią prędkość 5,3 km/h i jak się łatwo domyśleć, więcej było w tym pchania, niż jazdy. Za to patent z holowaniem dziecka na sznurku mogę śmiało polecić każdemu rodzicowi.

 Pomorze Zachodnie 2013   Pierwsza wyprawa Natalii na własnym rowerze
 
Przygotowaniom do wyjazdu towarzyszyła spora niepewność. Natalia i Madzia miały pierwszy raz w karierze jechać na własnych rowerach na wielodniową wyprawę. Fakt ten na tyle skutecznie nas wystraszył, że nie zdecydowaliśmy się wyruszyć nigdzie dalej, niż na Pomorze. Tymczasem już po kilku dniach okazało się, że obawy były przesadzone. Dziewczyny z łatwością radziły sobie nawet w trudniejszym terenie. Na bardziej ruchliwych szosach formowaliśmy wspólnie coś na kształt żółwia, eskortując po bokach nasze młode rowerzystki. Zajmowanie całej szerokość pasa ruchu dawało nam odpowiednie poczucie bezpieczeństwa, gdyż z daleka byliśmy doskonale widoczni dla kierowców samochodów.
Mocnym punktem wyprawy były noclegi. W tym przypadku potwierdziło się powiedzenie, że wszędzie dobrze, ale w kraju najlepiej. Zaletą polskich biwaków była przede wszyskim swoboda i przewidywalność. Niemalże w ciemno mogliśmy zakładać, że na każdym noclegu da się rozpalić ognisko i upiec kiełbaski. Taki luksus w większości krajów w Europie jest nieosiągalny.

 Wyspy Kanaryjskie 2012   Grudzień na Fuerteventurze, Lanzarote, Gran Canarii i Teneryfie
 
Od dawna marzyliśmy o zimowym wyjeździe do ciepłego kraju. Wyspy Kanaryjskie z nawiązką spełniły nasze oczekiwania. Było ciepło, malowniczo, a na podjazdach pot płynął z czoła wartką strużką.
Wyspy zaskoczyły nas różnorodnością. Fuerteventura jest pomarańczowa, z łagodnymi wulkanicznymi wzgórzami pośród pustynnego bezludzia. Warto tu przynajmniej kilka razy zjechać z asfaltu na malownicze szutrówki. Lanzarote jest czarna, z dziesiątkami niewysokich wulkanów rozrzuconych na wielokilometrowym polu żużla i zastygłej lawy. Przypomina świeżo zaorane pole czarnoziemu opanowane przez gigantyczne krety, które bezkarnie usypują kolejne kopce. Gran Canaria to zielona enklawa z pięknymi okazami palm, kaktusów i agaw. To jedyna z wysp, na której trudno dostrzec jej wulkaniczne pochodzenie. Są za to bardzo malownicze drogi z serpentynami regularnie osiągającymi 15% nachylenia. Teneryfa to z kolei wyspa wulkan, najwyższa góra Hiszpanii, którą przez większą część podjazdu osłania monotonny las piniowy i warstwa chmur. Ci, którzy wyjadą ponad tą osłonę, wkraczają do magicznej krainy Teide dryfującej ponad oceanem chmur, ponad zgiełkiem codzienności.

 Portugalia 2012   Szlakiem portugalskich zamków od pogranicza z Hiszpanią po Lizbonę
 
Koncepcja wyprawy do Portugalii zakładała, że jak zwykle będziemy mieć szczęście do pogody. Wychodząc z tego optymistycznego założenia zaplanowaliśmy obfotografowanie większości miejscowych zamków, solidny wycisk w najwyższych górach w kraju i nie mniej solidny odpoczynek na atlantyckich plażach. Pech chciał, że tegoroczny kwiecień okazał się wyjątkowo kwietniowy. Słońce przeplatało się z deszczem, deszcz w górach zamienił się w śnieg, a ocean budził zainteresowanie, co najwyżej, u lokalnych serferów. W tej sytuacji nie pozostało nam nic innego, jak, mimo wszystko, obfotografować miejscowe zamki, ominąć zaśnieżone góry szerokim łukiem i zamoczyć w rozhulanym oceanie jedną nogę do połowy.
Portugalia, szczególnie jej wschodnia część, przypadła nam do gustu. Stare zamki i małe senne miasteczka nie są skażone nachalną komercją, a po pustych szosach jeździ się bardzo przyjemnie. Zdaliśmy sobie jednak sprawę, że nawet w tak interesującym zakątku Europy trudno jest nam zaspokoić rozbudzoną w Armenii i Gruzji potrzebę przygody.

 Gruzja 2011   Jesienna przeprawa przez przełęcz Datwis Dżwari 2676 m n.p.m. w paśmie wododziałowym Kaukazu
 
W niewiele ponad rok od pobytu w Armenii dane nam było po raz drugi zawitać na Zakaukazie. Aby obie wyprawy nie były do siebie podobne, tym razem ograniczyliśmy do minimum zwiedzanie klasztorów, zrezygnowaliśmy z marszrutek i nastawiliśmy się na jazdę rowerami po górskich drogach Kaukazu. Za cel obraliśmy sobie dwie najwyższe gruzińskie przełęcze: Abano i Datwis Dżwari. Nadchodzące pogorszenie pogody zmusiło nas jednak do wyboru tylko jednej z nich. I tak oto ruszyliśmy malowniczą, szutrową drogą w stukilometrową przeprawę do obronnej, góralskiej wioski Szatili, leżącej po drugiej stronie głównego pasma wododziałowego. Do ostatniej chwili obawialiśmy się o powodzenie naszego planu, wszak była to już połowa października. Jadąc w górę mijaliśmy ostatnie stada owiec spędzane w doliny przed nadchodzącą zimą. Po czterech dniach podjazdu przy coraz gorszej pogodzie, zdobyliśmy wreszcie tajemnicze Szatili. Zupełnie przypadkiem udało się to w ostatnim możliwym terminie. Nocą na przełęczy spadł śnieg. My jednak musieliśmy jeszcze wrócić tą samą drogą. W przeciwną stronę, 3 kilometry dalej, była już tylko Czeczenia.

 Andaluzja 2011   Wczesna wiosna wśród pueblos blancos otoczonych gajami oliwnymi
 
Odwiedzający Andaluzję najczęściej kierują się do dużych miast, by podziwiać arcydzieła architektury arabskiej. Rowerzyści próbują swoich sił na największym podjeździe Europy. My te atrakcje miliśmy okazję zdobyć w 2005 roku. Tym razem chcieliśmy poznać miejsca mniej uczęszczane.
Odwiedziliśmy więc charakterystyczne dla Andaluzji białe miasteczka z wąskimi, krętymi ulicami. Dotarliśmy do imponującego zamku La Calahorra, malowniczo wyeksponowanego na tle zaśnieżonych szczytów Sierra Nevada. Przejechaliśmy też dwie bardzo ciekawe trasy. Vía Verde de la Sierra to szlak rowerowy wytyczony na starej linii kolejowej, gdzie na 40-kilometrowym dystansie mija się aż 30 tuneli i 4 wysokie wiadukty. Carretera de Cabra, czyli Kozia Droga, to jedna z ostatnich w Andaluzji starych górskich szos, a jej przewyższenie sięga 1300 metrów, które pokonaliśmy jednym rzutem.
Warto tu wspomnieć, że trasa wyznaczona po Andaluzji okazała się najbardziej górzysta spośród naszych przyczepkowych wypraw, ale wspaniała wiosenna pogoda pozwoliła nam ją pokonać w świetnym nastroju, pomimo braku jakichkolwiek treningów.

 Armenia 2010   Starochrześcijańskie klasztory, głębokie kaniony i niezwykle gościnni ludzie
 
Armenia - pierwszy chrześcijański kraj na świecie. Kraj o niezwykle bogatej, długiej, ale i tragicznej historii. Położenie pomiędzy wielkimi imperiami odcisnęło widoczny ślad na dzisiejszym statusie politycznym Armenii i ekonomicznym Ormian.
Przed wyjazdem Armenia kojarzyła się nam przede wszystkim ze starochrześcijańskimi klasztorami. Oryginalnymi budowlami wzniesionymi z bloków różnokolorowego tufu wulkanicznego, porośniętymi gdzieniegdzie trawą, ale dumnie trwającymi od setek lat nad krawędziami skalnych przepaści.
Po powrocie wiemy, że duszą Armenii są jej mieszkańcy. Wspaniali, niezwykle gościnni i serdeczni ludzie. Ludzie bezustannie gotowi do pomocy, otwarci na przybyszów z daleka. Ileż to zwykłych rozmów przy drodze zakończyło się zaproszeniem na kawę, herbatę, a nawet wspólną biesiadę?
I kto przy tym wszystkim będzie jeszcze pamiętał, że pojechaliśmy na składakach, które dziewięć razy ratowały nam skórę w marszrutkach i autobusach.

 Korsyka 2009    Ponad 1000 km górskimi trasami wokół wyspy w 6-osobowej karawanie
 
Chciałbym mieć dom z widokiem na morze i góry... Góry niby łagodne, obrośnięte bujną zielenią, ale w zetknięciu z morzem poszarpane, skaliste, czerwone. Morze przejrzyste, turkusowe, ciepłe i słone, z maleńkimi zatoczkami wciśniętymi między skalne ściany. Plaże wypełniałby ciepły piasek i drobne kamyki mieniące się wszystkimi barwami tęczy. Z gór do morza spływałyby krystalicznie czyste, chłodne strumienie. Wyżłobiwszy w skalnym podłożu łagodne zagłębienia, nęciłyby strudzonych wędrowców do rześkiej kąpieli w upalny dzień. Głęboko w górach wąziutkie wstążki dróg prowadziłyby do zapomnianych, kamiennych miasteczek, gdzie na zacienionych skwerach z fontann tryska smaczna, źródlana woda... Takim domem przez 23 dni była dla nas Korsyka.
Pomysł jeżdżenia z dziećmi w przyczepkach, czyli z obciążeniem wynoszącym około 65 kg, w wymagającym, górskim terenie wydawał się czystym szaleństwem. Było ciężko, ale tylko realizacja najbardziej szalonych pomysłów zostawia w głowie najpiękniejsze wspomnienia.

 Zamki nad Loarą 2008    Ponad 40 zamków w Dolinie Loary oraz pętla wokół Luksemburga
 
Dla miłośników zamków Dolina Loary powinna być obowiązkowym celem podróży. Jest to miejsce ze wszech miar niezwykłe. W zaledwie kilkanaście dni zwiedziliśmy tam 40 pięknych rezydencji niejednokrotnie otoczonych fosami, ogrodami i parkami. Przemieszczaliśmy się bez pośpiechu, długie chwile spędzając w kwiecistych alejkach. Podziwialiśmy niezwykłe labirynty i fantazyjne wzory geometryczne ułożone ze starannie pielęgnowanych krzewów. Dolina Loary to obszar bardzo przyjazny dla rowerzystów podróżujących z małymi dziećmi. Łagodny teren pocięty jest gęstą siecią gładkich dróg, na których panuje znikomy ruch. Od zamku do zamku prowadzą dobrze oznakowane szlaki rowerowe. Sporo jest tam niedrogich, a dobrze wyposażonych kempingów.
Zupełnie inny krajobraz zastaliśmy w Luksemburgu. W niewysokie Ardeny wcinają się zadziwiająco strome doliny rzeczne. Wciąganie przyczepki z Natalką pod 3-4 kilometrowe podjazdy z nachyleniami sięgającymi 10% stanowiło dla mnie nie lada wyzwanie.

 Szkocja & Anglia 2008   Galloway FP w Szkocji oraz Lake District NP i Yorkshire Dales NP w Anglii
 
Przyznam szczerze, że nigdy nie uważałem Anglii za miejsce warte podróży rowerowej i chyba jeszcze nigdy dotąd moje wyobrażenia tak daleko nie odbiegały od rzeczywistości. Trzeba tu jednak dodać, że rzeczywistości starannie wykreowanej poprzez dobór niezwykle ciekawej trasy, w czym zasługa mojego kompana, który rajd zorganizował.
Powszechnie to Szkocja uważana jest za piękniejszą połowę Wielkiej Brytanii. Jednak i w Anglii kryją się nie skażone cywilizacją zakątki, idealne dla podróżników poszukujących pięknych krajobrazów. Głębokie doliny wcinające się w strome, zielone wzgórza. Stadka owiec ospale skubiące soczystą trawę. Tysiące kamiennych murków i kilometry wąziutkich dróg, których nachylenie niejednokrotnie sięga 30%. Takich miejsc zostało w Anglii niewiele, ale nam udało się kilka odnaleźć. Doświadczyliśmy też typowo brytyjskiej zmienności pogody. Od czystego słonecznego nieba, po deszcze i wichury spychające z drogi. Ten bardzo różnorodny i zaskakujący obraz Anglii zostanie teraz w mojej pamięci.

 Estonia 2007   11-miesięczna Natalka sypia w przyczepce, kąpie się w misce i raczkuje w płytkim Bałtyku
 
O celu naszej podróży zdecydowaliśmy dwa tygodnie przed wyjazdem. Trasę przejazdu planowaliśmy już na miejscu. Nie wiedzieliśmy, dokąd dotrzemy i ile nam jeszcze zostało do przejechania. Tak spontanicznego rajdu nie było nigdy wcześniej.
Estonia okazała się dla nas krajem bardzo przyjaznym. Tajemnicze bagna, bezkresne lasy, jeziora z brunatną, torfową wodą oraz niezwykle malownicze wybrzeże Bałtyku z płytkimi zatokami usłanymi dziesiątkami olbrzymich głazów narzutowych. Do tego świetnie przygotowana infrastruktura dla turystów biwakujących na dziko: bezpłatne leśne chaty, drewniane wiaty i pola biwakowe.
Jednak najwięcej satysfakcji dostarczała nam Natalka, która na rajdzie czuła się, jak ryba w wodzie, a noclegi w namiocie traktowała, jak najlepszą rozrywkę. Mnogość zebranych przez nią doświadczeń oraz bezustanny kontakt z obojgiem rodziców z pewnością zaprocentują po powrocie do domu i podczas kolejnych, udanych wyjazdów.

 Bałkany 2006   Czarnogóra - Albania - Macedonia - Bośnia i Hercegowina - Chorwacja - Serbia - Grecja
 
Czy jest w Europie kraj, w którym 80% samochodów to mercedesy, 90% mieszkańców posiada broń palną, a 100% rodzin miało własny bunkier na wypadek chińskiej inwazji?
- Tak, ten kraj to Albania.
Czy jest w Europie kraj mniejszy od większości polskich województw, ale jednocześnie posiadający wyższe niż w Polsce góry, trzykrotnie większe jezioro, jeden z najgłębszych na świecie kanionów oraz morze z jedynym w południowej Europie fiordem?
- Tak, ten kraj to Czarnogóra.
Czy jest w Europie kraj, gdzie większość nazwisk kończy się na swojsko brzmiące "ski", ale w krajobrazie dominują prawosławne monastyry oraz muzułmańskie meczety?
- Tak, ten kraj to Macedonia.
Czy wreszcie jest w Europie region, który pod względem egzotyki, piękna krajobrazu i odmienności kulturowej dorównuje znacznie odleglejszym rejonom świata? Region, gdzie liczne kaniony i pasma górskie czynią teren niedostępnym dla turystycznych autokarów. Gdzie widok rowerzysty z sakwami nagradzany jest oklaskami, a ludzie są przyjaźni, jak nigdzie indziej w Europie?
- Tak, ten region to Bałkany.

 Hiszpania 2005   Wjazd na Pico del Veleta 3392 m n.p.m. - Średniowieczne zamki - Architektura arabska
 
Słoneczne plaże, morze i dyskoteki do białego rana - takie wyobrażenie o Hiszpanii ma większość turystów odwiedzających ten kraj.
Jednak aby naprawdę poznać Hiszpanię należy opuścić wybrzeże i zajrzeć do jej serca, gdzie czas zatrzymał się jakieś 500 lat temu. Przede wszystkim do Kastylii, w której niezliczone średniowieczne zamki górują nad starymi miastami z plątaniną wąskich uliczek, a w potężnych katedrach przebrzmiewa głos chorałów gregoriańskich. Gdzie niepozorne rzeczki wyżłobiły kaniony, nad którymi majestatycznie krążą sępy. Warto odwiedzić La Manchę, w której stojące tu i ówdzie wiatraki noszą jeszcze ślady nierównej walki, jaką ongiś stoczył z nimi dzielny Don Kichot. Nie można też ominąć Andaluzji, która jeszcze do 1492 r. była pod panowaniem Maurów, a wspaniałe klejnoty architektury tchną duchem tajemniczej egzotyki, świadcząc o niezwykłej wyobraźni arabskich architektów.

 Chorwacja 2004   Słowenia - Czarnogóra - Bośnia i Hercegowina
 

Po powrocie z Chorwacji, dwie rzeczy wiedzieliśmy na pewno. Po pierwsze, że świetnie dajemy sobie radę, będąc tylko we dwoje. Po drugie, że na Bałkany jeszcze kiedyś wrócimy, by odwiedzić pozostałe kraje tego regionu.
Wspaniała przyroda, piękne krajobrazy, relaksujące kąpiele w przejrzystych wodach Adriatyku oraz pełnomorskie rejsy promowe to największe atrakcje podczas rajdu. Obserwowane z pokładów malownicze wyspy oraz skaliste pasma górskie, wyrastające wprost z błękitnego morza, tworzyły niezapomniany obraz najpiękniejszego europejskiego wybrzeża. Park narodowy Jeziora Plitvickie z dziesiątkami wodospadów, strumieni i jezior był dla nas prawdziwym przyrodniczym cudem natury. Zejście do Škocjanskiej jamy w Słowenii z podziemną rzeką, huczącą niczym z piekielnych czeluści i wreszcie przejazd przez Czarnogórę wąziutką, krętą drogą, a potem niesamowity widok na Zatokę Kotorską. Wszystkie te atrakcje tylko pobudziły naszą wyobraźnię, nie zaspokajając jej choćby w najmniejszym stopniu.

 Karpaty 2004   Ukraina - Słowacja - Beskid Niski i Sądecki
 

W dolinie rzeki Stryj na Ukrainie panował beztroski spokój. Jeszcze rano we Lwowie otaczał nas uliczny zgiełk, spaliny i zabiegani ludzie - teraz tylko niczym nie zmącona cisza. Ostatnim przejawem cywilizacji był asfalt, który zniknął nad brzegiem rzeki. Staliśmy chwilę na rozstaju dróg mając do wyboru przejazd przez góry lub wzdłuż rzeki. Wybraliśmy dolinę. W maleńkich wioseczkach, które mijaliśmy, życie płynęło zupełnie innym rytmem, od tego znanego nam na codzień. Dzieci pasły krowy, starszy pan rąbał drewno, a młody chłopak jechał gdzieś konno. Droga początkowo była szeroka i równa, ale z czasem stała się węższa, a koleiny głębsze. Na kolejnej podmokłej łące nasz gliniasty trakt rozdzielił się na kilka odnóg, które szybko zniknęły w gęstej trawie. Staliśmy zdezorientowani, szukając właściwej drogi, gdy z dala zaczął dobiegać warkot rzężącego silnika. Po pewnym czasie zza wzgórza wyłonił się zdezelowany moskwicz i tuż przy nas skręcił wprost do rzeki, z impetem prując płynącą wodę. Dalsza droga wiodła korytem Stryja...

 Włochy 2003   Od Passo dello Stelvio na północy po Wezuwiusza na południu
 

Organizacja rajdu do Włoch okazała się naprawdę wielkim wyzwaniem. Po raz pierwszy wybieraliśmy się tak daleko, a jeszcze na kilka tygodni przed wyjazdem nie mogliśmy znaleźć transportu dla naszych rowerów. We Włoszech chcieliśmy zwiedzić możliwie najwięcej atrakcji, ale ułożenie trasy obejmującej choćby najważniejsze z nich, wydawało się nierealne. Ale udało się, znalazł się transport, powstał szczegółowy plan rajdu. Odcinki rowerowe przeplataliśmy z pociągami, czasami nawet czterema dziennie, przy czym godziny poszczególnych połączeń były zaplanowane z góry na wszystkie 23 dni rajdu. Pierwszego, dziesiątego i dwudziestego trzeciego dnia rajdu jechaliśmy, nocowaliśmy i wsiadaliśmy do pociągów zgodnie z rozpiską przygotowaną w domu na podstawie mapy i rozkładu jazdy włoskich kolei. To był nasz największy sukces. Niestety pozostałym uczestnikom wyjazdu nie do końca odpowiadała formuła rajdu wymagająca naprawdę żelaznej dyscypliny. To było naszą największą porażką.

 Morawy 2002   
 

Pierwszego czerwca 2002 r. miał miejsce nasz ślub. Dwa dni później ruszyliśmy w mini podróż poślubną, zakładając bazę wypadową w Gdowie koło Wieliczki. Oczywiście nie mogło tam zabraknąć naszych rowerów.

Wyjazd zwany Rajdem Morawy nastąpił dwa miesiące później i mimo swojej krótkości miał bardzo istotny wpływ na nasze następne wyprawy. Przekonaliśmy się, że w sytuacji, gdy dysponujemy ograniczonym czasem, a interesują nas konkretne obiekty na trasie, bardzo wygodnym ułatwieniem jest podjeżdżanie dłuższych odcinków pociągami. Ten model rajdu rowerowo-pociągowego zastosowaliśmy na szeroką skalę w następnych latach. Czasy beztroskich wyjazdów, gdy jedynym problemem było ustalenie daty i celu podróży, odchodziły nieubłaganie w niepamięć.

 Słowacja 2001   Pierwszy rajd rowerowy w karierze Justyny
 

Jadąc na pierwszy w życiu rajd rowerowy, Justyna nie mogła się spodziewać, jakie to atrakcje na nią czyhają. Nie zabraliśmy namiotów. W praktyce oznaczało to spanie w opuszczonych stodołach, wiatach autobusowych, stacjach kolejowych, a nawet w leśnym paśniku w parku narodowym. Podczas tego rajdu Justyna podwoiła dystans przejechany rowerem w całym swoim życiu, a trzeba dodać, że większość trasy wiodła po górach. Do historii przeszło zdobycie pieszym szlakiem turystycznym Kráľovej hoľi - najwyższego szczytu we wschodnim paśmie Niskich Tatr. Była też pierwsza wywrotka i mycie w przydrożnych studniach. Jednym słowem pełen survival.

Na szczęście Justyna dzielnie zniosła wszystkie "atrakcje", które jej zafundowałem na Słowacji, a już w niecały rok po rajdzie zgodziła się być ze mną na zawsze, na dobre i na złe.

 Czechy 2000
 

I stało się. Po raz pierwszy wyjechałem rowerem poza granicę Polski.
Czechy - niby tuż za miedzą, a jednak zagranica. Język czeski - niby podobny do polskiego, a jednak inny. Czeskie miasta, zamki, lasy, drogi... im dłużej będzie się wymieniać, tym więcej różnic się zauważy. Mnie do Czech przyciągnęły wspaniałe zamki. Na miejscu odkryłem dwa kolejne powody, które uczyniły rajd udanym. Po pierwsze były tam dobre drogi z małą ilością samochodów. Jazda takimi drogami to prawdziwa przyjemność. Drugim atutem były niskie ceny żywności, co miało niebagatelne znaczenie dla mojego studenckiego portfela.
Może ktoś powiedzieć, że wyjazd do Czech nie jest niczym niezwykłym. Ja uważam, że obranie tego kraju, za miejsce swojego pierwszego rajdu zagranicznego, było wyborem zupełnie naturalnym i co najważniejsze ze wszech miar trafionym.

 Dolny Śląsk i Sudety 1999
 

Słyszeliście, że dwóch studentów wybrało się w wakacje rowerami na Dolny Śląsk?
    - Tak? I co się stało?
Jeden przez trzy tygodnie jadł chleb z serem, a drugi z pasztetówką. Wszystkie pieniądze wydawali na bilety do muzeów, podziemi, kopalń, twierdz i zamków. Było tego tyle, że o mało co nie umarli z głodu.
    - Ooo to musieli być prawdziwi studenci. Typowy student nie śmierdzi groszem i okresowo przymiera głodem. I tak dobrze, że inwestowali w dobra kultury, a nie na przykład w trunki niewiadomego pochodzenia.
A słyszeliście, co się stało, gdy przyjęto ich na plebanii, w której oczekiwano na przybycie pielgrzymki? Zjedli we dwójkę cały bigos, który ksiądz przygotował dla pielgrzymów.
    - No tak. Ci wszyscy studenci to tylko kombinują, jak by się najeść za darmo. Toż to prawdziwa plaga, gorsza niż szarańcza.

 Cerkwie 1998   Budownictwo drewniane Lubelszczyzny, Podkarpacia i Bieszczadów
 
Cerkwie - maleńkie, drewniane, o oryginalnych, wręcz fantazyjnych, kształtach. Zapomniane, stojące na uboczu, pośród drzew, czasami zarośnięte lasem. Niektóre zupełnie zrujnowane, inne jeszcze z kompletnym ikonostasem.
Kresy - rezydencje pałacowo-zamkowe w Krasiczynie i Łańcucie, stare kamienice w Zamościu, Rzeszowie, Przemyślu i Jarosławiu oraz wiele podupadłych dziś miejscowości, które kiedyś dumnie nosiły miano miasta.
Kontrabanda - nocleg u gospodarza, w wiosce, tuż przy granicy z Ukrainą. Wieczorem pod drzwiami chałupy ustawia się kolejka. To piątkowo-sobotni imprezowicze przyszli zaopatrzyć się w przemycony spirytus. Gdy nad ranem wraca kilku niedobitków, dostają roztwór wymieszany pół na pół z wodą. To im wystarczy - śmieje się gospodarz.
Matnia - to miał być 3-kilometrowy skrót dobrą drogą w dół doliny, tymczasem od dobrej godziny, umazani w błocie, pchamy rowery pod górę. Powoli zapada zmrok, skręcamy na azymut przez jakieś chaszcze. Po kolejnej godzinie dostrzegamy maleńkie światełka migoczące daleko w dolinie. Widmo noclegu wśród niedzwiedzi oddala się.

 Świętokrzyskie 1996   Lubelskie - Radomskie - Tarnobrzeskie - Rzeszowskie - Tarnowskie - Kieleckie
 

W roku 1996 ukończyłem naukę w liceum i zdałem maturę. Potem dostałem się na studia i po raz pierwszy otworzyła się przede mną perspektywa wakacji trwających do końca września. Moi koledzy z klasy podążyli podobnym torem, więc ze skompletowaniem ekipy nie było problemu. Dla większości z nich był to pierwszy w życiu wielodniowy rajd rowerowy. Nie miało to jednak żadnego znaczenia. Każdy chciał pokazać na ile go stać i nasza wycieczka szybko przerodziła się w prawdziwy wyścig. Jazda w ustalonym szyku, zmiany co 2 km, ręce na hamulcach, a oczy wpatrzone w koło poprzednika. Zagapisz się na chwilę i odpadasz, a w pojedynkę grupy nie dojdziesz. Statystyki mówią same za siebie - tylko jednego dnia nie zdołaliśmy wykręcić setki. A ja do dziś pamiętam, jak zwalniałem jadąc na czole, by po oddaniu zmiany skutecznie walczyć o utrzymanie się w grupie.

 Wakacje na Dwóch Kółkach 1995   Włochy - Francja - Monako - Hiszpania - Andora
 

W konkursie Programu III Polskiego Radia startowałem 3 lata z rzędu. Zasady były bardzo proste: wystarczyło przejechać rowerem 60 km i w pomysłowej formie zaprezentować relację z wyjazdu. Ja oczywiście podchodziłem do sprawy bardzo ambitnie i w kronikach, wysyłanych do konkursu, opisywałem swoje wielodniowe wyprawy liczące nawet ponad 1000 km. Nagrodą dla autorów 13 najciekawszych prac był rajd rowerowy na najnowszych produktach firmy Romet. Los chciał, że zwycięzcą konkursu zostałem akurat w jego 25 edycji. Z okazji jubileuszu program wyjazdu był naprawdę imponujący. Podczas miesięcznej eskapady, pod dowództwem Henryka Sytnera, odwiedziliśmy aż 5 krajów. Transport, wyżywienie i zakwaterowanie zapewniał organizator i o nic nie trzeba się było martwić. Mi jednak bardzo brakowało typowych, rajdowych przygód. Postanowiłem, że prędzej, czy później trzeba się będzie samemu zabrać za organizowanie zagranicznych wypraw rowerowych.

 Bydgoskie 1993   Rajd Kolarski PTTK Dookoła Województwa Bydgoskiego
 

Zdobywcy odznak PTTK wyruszyli w trasę.
Cel był jasny: objechać dookoła województwo bydgoskie i zdobyć odznakę Rajdu Kolarskiego PTTK Dookoła Województwa Bydgoskiego. Potem okazało się, że na tym terenie można zdobywać jeszcze parę innych odznak. Dzięki temu odwiedziliśmy większość tamtejszych wiosek. W każdej wiosce trzeba było uzyskać pieczątkę, a każda pieczątka trafiała do właściwego zeszytu. Przejazd bez pieczątki był nieważny! Zupełnie tak, jakby tam nas nie było.
Ale przecież tak naprawdę to nie dla metalowych znaczków wybraliśmy się w trasę. To jazda rowerem sprawiała nam wielką frajdę. Organizowaliśmy wyścigi na czas, pobijaliśmy rekordy dystansu dziennego. Świetnie się przy tym bawiliśmy, a żarty i zabawne sytuacje, które sobie fundowaliśmy na długo pozostaną w mojej pamięci.

© Przemysław Remigiusz Kitliński 2006-2014